Skocz do zawartości


Zdjęcie

Ile w tym jest kłusownictwa ?


  • Zamknięty Temat jest zamknięty
6 odpowiedzi w tym temacie

Ankieta: Początki wędkowania (21 użytkowników oddało głos)

Początki mojego wędkarstwa to :

  1. głównie kłusownictwo (7 głosów [33.33%])

    Procent z głosów: 33.33%

  2. Głosowano wędkowanie pod opieką (11 głosów [52.38%])

    Procent z głosów: 52.38%

  3. wstąpienie do PZW (2 głosów [9.52%])

    Procent z głosów: 9.52%

  4. inne (chętnie poczytamy ) (1 głosów [4.76%])

    Procent z głosów: 4.76%

Głosuj

#1 aigle

aigle

    Admin

  • Admin
  • 2632 postów
  • Koło:Starówka
    Salmoklub Częstochowa
  • LokalizacjaCzestochowa

Napisano 26 styczeń 2014 - 10:34

Gdy oglądam ten film to ... zaczyna mi się ciepło robić ... na sercu. Wszak to są moje początki w spinninguDołączona grafika.
Jak zaczynałem interesować się wędkarstwem to pierwsze kroki zdobywało się właśnie tak ... Kij z leszczyny , żyłka Stomil 0,30 mm i hak wielkości orzecha włoskiego lub "na oko" (drut miedziany ) . Wszystko trafiało do mamy na olej.
Ryb było wszędzie pełno. W każdym "kaczym dołku " ; karasie , liny , szczupaki. Nikt mnie nie przeganiał , nikt nie straszył degradacją środowiska , karą boską czy kolegium. Można było czasem dostać czekoladę jak się nałowiło karasi i dało do "prywatnego" stawu.
Później zaczęła się "moda" na wpuszczania syfu z gospodarstw do rowów , potoczków , a te małe stawiki pozasypywały ciężarówki odpadami z budowy "gierkówki" .
Ryby poginęły i trza było się zapisać do PZW. Dołączona grafika. Teraz ryb też nie ma ...ale to temat na ...inną ankietę Dołączona grafika
Casting leczy kompleksy krótkiego kija :-)

#2 Danek

Danek

    Expert

  • Wędkarska Częstochowa
  • 3553 postów
  • LokalizacjaCzęstochowa

Napisano 26 styczeń 2014 - 17:34

Cóż, nikt nie był doskonały :oko:

Wedkarstwo zaczynałem w wieku sześciu lat od bambusa i kołowrotka z ruchomą szpulą. Jazgarze, płotki i kiełbie to były dla mnie podstawowe ryby. Uczyłęm się refleksu na ciernikach i słonecznicach (wtedy nie miałem pojęcia że pod ochroną).
Echhh, magiczny czas, choć miał kilka ciemnych chwil, kiedy to wychodząc rano (bez zegarka oczywiście a o komórkach jeszcze nawet NASA nie słyszała) na godzinę nad rzekę 100 metrów od domu, lądowałem na cały dzień kilka kilometrów dalej (zbiorniki huty, Bugaj czy Warta koło Tesco). Potem wielkie poszukiwania przez rodziców :D No i efekt znany :oko: Wtedy jeszcze nie słyszano o wychowaniu bezstresowym :oko: A nie wiem jak Wam, ale mnie zawsze ryby najlepiej brały o zmroku.

Pamiętam historię jak gonił mnie rowerem nad "moją" rzeką jeden Prezes dużego koła PZW w Częstochowie :D :D Miałem może 12 lat i pierwsze duże jak dla mnie wtedy szczupaki na koncie(45-55cm). No i nęciłem mu podobnie jak kiedyś mnie koledzy nad Sanem. Z tą różnica że ja gruszkami a koleżkowie otoczakami. Ale efekt...podobny :oko: Dwa lata później poszedłem się zapisać do związku (członek uczestnik) i....mnie poznał :D

Jednego strażnika też poznałem w ciekawych okolicznościach. Okres ochronny szczupaka a ja nie byłem w stanie wysiedzieć w domu. Wziąłem spinning, jedynego twistera jakiego mtedy miałem i poszedłem porzucać. Wybierałem miejscówki z szybkim pradem, aby się szczupak nie zapiął. Kiedy szedłem na wybrane miejsce napotkany pan zapytał mnie czy biorą. Coż, nie wiedziałem jeszcze. Wtedy on spytał czy może mi potowarzyszyć. Spoko - przecież żaden problem :D No i tak sobie gawędząc o różnych sprawach wędkarsko-muzycznych zacząłem łowić. Złowiłem chyba (albo mi się spiął) przy nim szczupaka (w styczniu czy lutym na zbyrkach - dziwne, nie?) na pewno wymiarowego (wtedy 40cm). I...wypuściłem! (jeśli go faktycznie złowiłem). Potem jeszcze pomagał mi odczepić wspomnianego jedynego twistera z gałęzi na drugim brzegu i udało mu się :D . Na odchodnym, mimochodem zapytał czy mam kartę. Z rozbrajającą szczerością odpowiedziałem że owszem, mam legitymację członka uczestnika (wtedy i tak na to nie mogłem spinningować) ale jeszcze nie opłaconą (bo zbieram pieniądze z kieszonkowego na znaczki). Dodałem - z resztą, kto by mnie tu kontrolował :) Uśmiechnął się wtedy jakoś tak...dziwnie. Po latach spotkałem tego pana, i elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce. Pewnie jak to przeczyta, i mu się przypomni, to się dobrze uśmieje (pozdrawiam Cię)
Z jednym kolegą z tamtych czasów znad przydomowej rzeczki też poznaliśmy się "na nowo" po blisko kilkunastu latach. Śmieszna sprawa a wszystko przez maile... (pozdro ;) )
Róbta co chceta, ja i tak swoje wiem

C&R


Dołączona grafikaJeszcze piszę poprawnie po polsku

#3 mlody

mlody

    Doświadczony Majtek

  • Użytkownik
  • 361 postów
  • Koło:Okoń-Cz-wa

Napisano 27 styczeń 2014 - 18:44

Na przeciwko mojego domu w sadzie dziadka był taki mały stawik a w nim same ...żaby i karasie:) normalnie robiło się tak: rozplątywany był sznurek coś jakby od snopowiązałki ,robiło się potężny haczyk ze szpilki czy z czego tam było na to kluche z chlebka i do dzieła ...normalnie złapaliśmy z bracholem chyba ze dwa hehehe:)ale zasiadki były prawie jak karpiowe:) ehh!! Teraz w miejscu stawiku brat ma kotłownie żaby i karasie wyszły a mnie pierwszą wędkę sprezentował teść... po ślubie :gwiazdki: ano tak za łebka jeździlismy jeszcze na krzywy ryj na stawy chodowlane koło Przybynowa:))

#4 ROBINTBG

ROBINTBG

    Podawacz Piwa

  • Użytkownik
  • 205 postów
  • Koło:Mykanów

Napisano 27 styczeń 2014 - 22:08

Pierwszy raz byłem na rybach z Ojcem na stawie u wujka. Były tam karasie okonie i wujek z ojcem którzy próbowali na kij z leszczyny cokolwiek złowić, miałem chyba z 6 lat. Potem z kolegami głównie w wakacje oczywiście bez karty chodziliśmy na rzekę i stawy na karasie, a z buta było na staw dobre 4 kilometry oczywiście w jedną stronę...że się nam chciało. Staw niby był niczyj ale kilka razy gonił nas leśniczy na motorze :) zresztą niezła z niego była oferma nigdy nie mógł nas dogonić, sam nie wiem czy tak wolno nas gonił czy my tak szybko wtedy uciekaliśmy:) Przypomina mi się jedna historia odnośnie wakacyjnego łowienia. Umówiłem się z kolegą na ryby i trzeba było jeszcze iść z buta ponad 4 kilometry, a po drodze do niego był taki 3 metrowy wąwóz. Była chyba jakoś 2 w nocy więc po ciemku sznuruje po kumpla aż tu nagle z wąwozu zeskakuje przede mnie jakaś biała zjawa...myślałem że przechodzę zawał, krzyczałem jak opętany, okazało się że to był mój kolega przebrany w białe prześcieradło, goniłem skurkowańca do samego domu, on w prześcieradle ja z nim, przyjaźń przetrwała, a ubaw mamy do dzisiaj. W wieku kilkunastu lat łowiłem pod opieką Ojca, a potem wstąpiłem w szeregi PZW. Teraz ja Ojca zabieram na ryby...jak tylko jestem w domu:)
Zawsze spodziewaj się niespodzianki
Dołączona grafika Piszę poprawnie po polsku

#5 m.wojtalczyk

m.wojtalczyk

    Podawacz Piwa

  • Użytkownik
  • 207 postów

Napisano 28 styczeń 2014 - 16:00

Pierwsze moje wyprawy wędkarskie były formą spędzaniu czasu z tatą - miałem 5, 6 lat i zbytnio nie interesowałem się wodą (miałem zakaz zbliżania), za to przez cały czas goniłem po łące koniki polne i ewentualnie patrzyłem co tata złowił. Później w związku z tym, że wakacje spędzałem głównie na działce blisko Pilicy (około 70m) wyciągałem mojego opiekuna - dziadka na łowy. Poprzedzone było to oczywiscie odpowiednimi przygotowaniami - kije z leszczyny, cienka nitka, spławik z patyka i haczyk ze szpilki... za przynętę służyła bułka, którą zawsze obiadały mi ukleje... nigdy nic nie wyciągnąłem. Kolejnym etapem był zakup dla mnie wędki z bambusa + mega ciężkiego kołowrotka "od ruskich". Od tego momentu zacząłem jeździć z tatą na ryby - głównie na karasie. Można też powiedzieć, że moje łowienie się ulegalniło. Potem w podstawówce w wakacje z kolegami z bloku łowiliśmy ryby w Pilicy siedzac na filarach mostu. Warto dodać, że za przynetę służyły wszelkie żyjątka spod kamieni, które koledzy nazywali "raczki". Głównymi rybami były ukleje i kiełbie, a płotka czy okoń były rarytasem. Aby dostać się na filar trzeba było się rozebrać i dojść przez wodę, która sięgała powyżej pasa. (oczywiście wędka i ubrania niesione w rękach, aby się nie zamoczyły). Czasem spuszczali z zapory wodę (Sulejów) i był problem z powrotem na ląd. Nie używaliśmy zanęty, od 8mej do 11tej łowiło się około 10szt... które później zjadałem na obiad. Jak osiągnąłem odpowiedni wiek, tata zapisał mnie do PZW...

Użytkownik m.wojtalczyk edytował ten post 28 styczeń 2014 - 16:02

......................................................................
blog www.wojtal.wedkuje.pl

#6 sekret1

sekret1

    Bosman Wędziska

  • Użytkownik
  • 816 postów

Napisano 10 luty 2014 - 20:28

Moje pierwsze wędkowanie zaczęło się około roku 75 miałem wtedy 5 lat i takiego kuzyna który miał kartę wędkarską. Kuzyn chodził już wtedy na studia na medycynę i wyobraźcie sobie, ze chciało mun się takiego gówniarza wozić na bagażniku roweru składak na "Zakrzew" z wszystkimi tobołami. Nogi trzeba było trzymać na śrubach przy łańcuchu i jak noga spadła z tej śruby to wpadała między szprych a my lądowaliśmy na asfalcie. Mimo zdartego kolana i wykręconej nogi płaczu i lamentu nie pozwoliłem odwieść się do domu i siedzieliśmy na rybach do wieczora. Nawiasem mówiąc to dziwię się że mając zemną same kłopoty to jak on jechał to mnie zabierał też, choć często byłem przydatny kuzyn i jego koledzy traktowali mnie jak chłopca na posyłki a to musiałem lecieć do gościa po wodę ze studni a to po fajki albo po piwo do sklepu oddalonego z 2 km od zbiornika. Dziwicie się pewnie, że takiemu gówniarzowi sprzedali ale to były inne czasy mówiłem tylko, że dla Pana Dzidka lub Staśka i nie było problemu. Sprzedawca znał ich bardzo dobrze bo codziennie byli na rybach. Mimo, że musiałem oddawać im takie usługi, to bardzo cieszyłem się z ich towarzystwa, opowieścio ryba i rad dotyczących wędkowania które były bezcenne. Kartę wędkarska wyrobiłem w roku 81 i kuzyn już nie musiał jednej wędki oddawać mnie. Jeszcze przypomniała mi się jedna śmieszna sytuacja jak czytałem o duchu i prześcieradle. Byłem wtedy w technikum w Dobrodzieniu a mój kumpel z klasy pod Opolem miał żwirownie w miejscowości Myślina, więc z paroma kumplami zamiast jechać do domu pojechaliśmy do niego na ryby na dwa dni. Kolega miał tam taki stary dom z wychodkiem na dworze bez światła. Jeden z moich kolegów przywiózł kiedyś różaniec z Rzymu który był nafosforowany i świecił w nocy. Kumpel w nocy poszedł do tego kibla a drugi podsuną mu ten różaniec w ciemnym kiblu pod nos i poruszał nim w ten sposób jak by sam unosił się w powietrzu. Wystraszony biedaczek mało nie szedł na zawał krzyczał Jezu Jezu machają rękami w stronę różańca. Jak buchneliśmy śmiechem to się zorientował, że to jaja i gonił straszącego chyba z piętnaście minut. Dobrze, że go nie złapał bo pewnikiem zabił by kolesia, ćwiczył kulturystykę a straszący chudy jak palec. Niezłe jaja były jak spuszczaliśmy na sznurku ten róż aniec naszej wychowawczyni w internacie do okna poniżej i stukali miotłą w szybę. Wtedy mieliśmy ubaw niesamowity a teraz tak myślę, że naprawdę ktoś mógł zejść na zawał. Alem się napisał jak nigdy.

#7 Tomik 1970

Tomik 1970

    Konkretny Wyjadacz

  • Użytkownik
  • 642 postów
  • Koło:PZW

Napisano 19 lipiec 2014 - 09:22

Zaczynałem w stawiku sąsiada. Było tam masę karasi. Z tego co pamiętam to w wieku 9 lat maiłem już kartę wędkarską i łowiłem legalnie więc o kłusownictwie nie ma mowy :rolleyes:


Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości, 0 anonimowych